Trzydzieści pięć lat upływa od chwili, w której dn. 8 listopada 1877 r. na cmentarzu powązkowskim oddano rodzinnej ziemi zwłoki zacnego syna naszego kraju, człowieka niepożytych zasług obywatelskich, wybitnego działacza na polu badań i udoskonaleń naukowych, człowieka, któremu nowo u nas powstała sztuka fotograficzna, nosząca podówczas nazwę „daguerrotypii”, zawdzięcza swój rozwój i liczne udoskonalenia praktyczne. Światły i rzutki umysł jego nie poprzestał zresztą na samej fotografii, oprócz której z wielkiem zamiłowaniem pracował nad archeologią i numizmatyką, zyskawszy jako znakomity znawca i badacz na tern polu europejską sławę.

Urodzony W Warszawie w r. 1818, z ojca Wilhelma, naczelnika loteryi, i matki Henryki z domu Minterówny, cenionej malarki kwiatów i owoców, pierwsze nauki odbył w byłem Liceum warszawskiem, poczem obrał zawód techniczny, pracując u swego wuja Mintera, znanego przemysłowca. Wyższe wykształcenie naukowe, wielostronne zdolności, pracowitość i niezłomna wola, znaglily niebawem Beyera iść dalej. Epokowy wynalazek fotografii Daguerrea i Niepce’a, opublikowany w Paryżu 10 sierpnia 1859 r. w akademii nauk przez sławnego astronoma Arago, wreszcie przybycie z Paryża w r. 1841 Giewartowskiego do Warszawy, i założenie przez niego pierwszej u nas pracowni daguerrotypowej (1), zachęciły młodego Beyera do udania się zagranicę w celu wyuczenia się tak doniosłej umiejętności.

Po powrocie z Paryża otworzył Beyer zakład fotograficzny w ogrodzie lir. Zamoyskiego, w osobno zbudowanej oficynie (tam gdzie później znajdował się zakład ogrodniczy Br. Bardet, następnie skład narzędzi rolniczych). Nadzwyczajne powodzenie, wywołane sumiennością, dokładnością i ulepszeniami, jakie zyskała daguerrotypia, w krótkim czasie dozwala na przeniesienie pracowni do domu własnego, na by tego przy ulicy Wareckiej obok zabudowań poczty, (obecny Na poi. 14 dom Sikorskiego). Ostatecznie zakład w celu powiększenia przeniesiony został na Krakowskie-Przedmieście naprzeciwko placu Saskiego (Nr pol. 40). Piszącemu te słowa pozostały z owych czasów mile wspomnienia osobiste, gdyż ojca jego, Jana, chemika i właściciela apteki w Warszawie, łączyły stosunki serdecznej przyjaźni z Beyerem. Pierwsze daguerotypy, jakie się pojawiły w Warszawie, posiadały małą trwałość. Obrazy po krótkim czasie pokrywały się brunatnemi plamami wydzielającego się (wolnego) jodu i. t. p. Ojciec mój zyskał swą pomocą uznanie Beyera, przygotowując mu główne chemiczne czynniki fotograficzne. Do obecnej chwili posiadam kilkanaście ówczesnych zdjęć daguerotypowych, wykonanych przez Beyera, które w najmniejszym nawet stopniu nie uległy zmianie. Oprócz zwykłych daguerotypów wprowadził Beyer bardzo efektowny sposób kolorowania ich suchemi farbami pyłkowemi.

Rok 1852 przynosi fotografii epokowe ulepszenie: t. z. sposób kolodyonowy mokry, przez anglików Legraya i Archera wynaleziony. Sposób ten przywiózł Beyer z Londynu, powracając z tamtejszej wystawy wszechświatowej (2).

W r. 1860 zakład Beyera doszedł do zenitu dziś już niepraktykowanego powodzenia. Po przybyciu do Warszawy Wielkiego ks. Konstantego wraz z liczną świtą, gremialne zdjęcia sfer wojskowych zmusiły Beyera do zbudowania dodatkowej olbrzymiej altany (dziś już nieistniejącej), w przyległych zabudowaniach klasztoru panien wizytek. Wykonywane zdjęcia były odbijane i wykończane w wyłącznie w tym celu u rządzonej kopiami w donajętym lokalu w gmachu hotelu Europejskiego pod zarządem zasłużonego w dziejach polskiej fotografii Marcina Olszyńskiego. Niezależnie od tych pracowni pomocniczych Olszyński wykonywa! zdjęcia widoków Warszawy i jej okolic, oraz scen okolicznościowych, w jakie obfitowały owe czasy pamiętne, posiłkując się często ulepszonemi i wyrabianemi przez siebie płytami „kolodyonowo-suchemi“. Zdjęcia np. dokonane w hotelu Europejskim z pięciu poległych w pamiętnym dniu 27 lutego 1861 roku w formatach biletowych i gabinetowych, tysiącami były rozchwytywane. Oprócz Olszyńskiego, oddanego przyjaciela, posiadał Beyer doskonałych współpracowników: Konrada Brandla, Teofila Borettiego, Gregorowicza, barona Klocha, Al. Kopalińskiego, M. Dutkiewicza, znakomitego fotografa, zaangażowanego z nadwornego zakładu cesarskiego Wiktora Angerera w Wiedniu. Wszyscy oni nie żyją już, oprócz weterana fotografów
naszych — K. Brandla.

Dorobiwszy się pokaźnej fortuny, Beyer zakupił odłogiem leżące place przy rogu ulic Krakowskiego-Przedmieścia i Królewskiej. Dla powiększenia wkładu wszedł w nieszczęsną dla siebie w następstwach w spółkę budowlaną z Czarneckim, urzędnikiem kolei W. W., z którym rozpoczął budowę trzech wielkich kamienic (po dziś dzień zwanych Beyerowskiemi). Kilkoletnia przymusowa nieobecność w kraju i zła wola nikczemnych ludzi, w których ręku pozostawił swe sprawy majątkowe, były powodem doszczętnej ruiny prawą drogą i użyteczną pracą zarobionego mienia. Pamiętne czasy ruchu narodowego nie mogły się obejść bez ofiar i szkód niepowetowanych, na rzecz idei poświęconych.

Beyer był zawsze najgorliwszym rzecznikiem wszelkich spraw obywatelskich. Nieocenioną stratę poniosła też stąd i numizmatyka, gdyż w czasie rewizyi, dokonanej w lokalu Beyera, dwadzieścia kilka płyt (kamieni) litograficznych zostały w drobne kawałki potłuczone. Był to owoc długoletniej pracy, przy której, posiłkując się fotografią z zastosowaniem własnych sposobów, Beyer współdziałał z E. hr. Czapskim w wydaniu 5-cio tomowego dzieła p. t. „Katalog monet polskich”.

Po aresztowaniu Beyer byl wywieziony wraz z innymi organizatorami ruchu narodowego. Uzyskawszy amnestyę, powrócił do Warszawy w roku 1864, już po wygaśnięciu powstania. Pomimo utraty majątku i zakładu fotograficznego, będącego w opłakanym stanie zdyskredytowania, nie wpadł Beyer w letarg zniechęcenia, pragnąc w miarę sil i możności nieść pożytek dobru publicznemu. Marzył zawsze o sposobach zapewnienia trwałości odbiciom fotograficznym, stanowiącym częstokroć dokumenty historyczne i archiwalne. Brak ten uczul najdotkliwiej przy wydawnictwie albumu, mieszczącego zdjęcia fotograficzne, wykonane z 500 okazów na wystawie „starożytności polskich” w pałacu Augusta lir. Potockiego. Lwią część urządzenia zawdzięczała wspomniana wystawa pracy Beyera, który następnie poświęcił się wydaniu albumu z wystawy archeologicznej w Krakowie (lata 1858/9).

Światlodruk (fotodruk), którego pierwotnym wynalazcą był Poitevin, został znacznie ulepszony przez Alberta w Monachium. Za namową Beyera M. Dutkiewicz, (w owym czasie już współwlaściciel znanej niegdyś firmy: „Kloch i  Dutkiewicz”, udał się na naukę do Alberta, powierzając piszącemu te słowa zarząd techniczny firmy. Założona po powrocie Dutkiewicza światłodrukarnia, pomimo istniejących jeszcze niedostatków technicznych, (które później w znacznym stopniu usunął Oberneter, właściciel podobnego zakładu w Monachium), dzięki pracy Beyera i Dutkiewicza wydawała produkcye pierwszorzędnej wartości, rywalizować mogące z dzisiejszemi pomimo tak licznych udoskonaleń. Do takich zaliczyć należy: ilustracye do wspaniałego albumu, wydanego z powodu 400 letniej rocznicy urodzin Kopernika; do dzieła: „Katedra Gnieźnieńska”, wydanego przez księdza Polkowskiego, kanonika wawelskiego, a serdecznego przyjaciela Beyera; albumy: „Starożytności Krakowa” i „Muzeum starożytności w Peszcie”, gdzie przy urządzonej wystawie Beyer własnymi zabiegami uformował oddział „starożytności polskich”; premium dla Tow. zachęty sztuk pięknych w Warszawie „Rybka” i t. d.

Na polu archeologii i numizmatyki Beyer posiadał sławę europejską, korespondując i udzielając rad dyrekcyom zbiorów w Londynie, Paryżu, Wiedniu i t. d. (Same tylko muzeum krakowskie przechowuje około 300 jego cennych korespondencyi). Drukowano jego liczne dzieła i rozprawy (3). Szperając po licznych zakątkach kraju, wydobywał z pyłu poddaszy i lamusów lekceważone i poniewierane dzieła, szpargały przeszłości, składając je W zbiorach publicznych. Nie zapomnę chwili, kiedy podczas odwiedzin ze Wzruszeniem i czcią pełną pietyzmu podał mi do ręki zdobyte świeżo pistolety, które towarzyszyły w bojach Kościuszce. Ale zato był istnym biczem dla filutów, tępiąc i demaskując publicznie wszelkie falsyfikaty, które, o ile mógł, piętnował przez wybicie swego małego stempelka z wyrazem „Falsus“.

Wreszcie, w wolnych chwilach zajmował się entomologią, ofiarowując później swój zbiór owadów i motyli zbiorom publicznym. Ażeby się jeszcze przyczynić do oceny charakteru tego zasłużonego na niwie ojczystej oracza, uważam za stosowne powtórzyć treść słów, które przed laty kilkunastu wypowiedziałem w krótko istniejącem czasopiśmie fotograficznem p. t. „Światło”:

Jest temu lat 59, gdy będąc uczniem b. Gimnazymn Realnego (na t. zw. ,,Kadeckiem“), w czasach wakacyjnych gorliwie zajmowałem się fotografią. Wtedy to często odwiedzałem Beyera, który mi nigdy nie odmawiał rad i objaśnień z dziedziny fotografii. Łaskawie pożyczył mi jakiś odstawiony na bok jednosoczewkowy objektywik, do którego dostosowałem kamerkę (a raczej coś do niej podobnego), własnoręcznie z tektury i deszczulek skleconą; kuwety stanowiły talerze stołowe, a ciemnicę kominek w ciemnej kuchence staromiejskiego przedpokoju. Płytki szklane, kolodyon, kąpiel uczulająca, papier t. zw. „solony” i t. d., sam przygotowywałem. Kto wie, czy nie mogę być uznanym za pierwszego amatora sztuki fotograficznej, otaczanej w owym czasie tak skrupulatną tajemniczością. (Jedno z takich moich zdjęć z r. 1855, względnie dosyć udatne i zupełnie niezmienione po dziś dzień przechowuję). W kilkanaście lat później, miałem zdarzenie, które przy obecnych stosunkach zawiści konkurencyjnej uważanemby było za nieprawdopodobne. Los zrządził, iż byłem wtedy asystentem w zakładzie fotograficznym, położonym bardzo blizko pracowni Beyera, a więc — byłem jego rywalem. Miałem właśnie pewne niepowodzenia przy sporządzaniu kolodyonu jodo-bromowego, do którego przy ówczesnym braku specyalnych fabryk zagranicą niepodobna było wystarać się o dostatecznie czyste chemicznie składniki. Należało rektyfikować alkohol bezwodny, wyrabiać bawełnę kolodyonową i niektóre sole samemu, (tak przynajmniej ja postępowałem). Przyczyna zaś niepowodzenia tkwiła w niewłaściwem ustosunkowaniu recepty. Udaję się nieśmiało do Beyera, myśląc, w jaki to sposób możnaby wydobyć od niego jakąś zbawienną radę. Zastaję go przy pracy w ulubionym jego kostiumie roboczym (jaki i ja następnie zastosowałem): w czarnej bluzie (ówczesna żałoba), spiętej lakierowanym pasem z żelazną klamrą. Jego szlachetna, na pozór surowa twarz, o wyrazie jednającym zresztą odraza nawet najobojętniejszych, i siwa bujna broda, sprawiała iście malownicze wrażenie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, zajęty był właśnie mieszaniem owego tajemniczego kolodyonu, co oczywiście w jeszcze większy kłopot mnie wprawiło. Lecz on, przywitawszy się, pierwszy zaczyna: „dobrze, iż przyszedłeś kolego sąsiedzle, z trudem zdobyłem zagraniczną receptę kolodyonu, która po wypróbowaniu dała mi doskonałe wyniki; jestem bardzo zadowolony, iż mogę się z wami podzielić rzeczą tak pożądaną.

Osądźcie czytelnicy, jak również koledzy po fachu, wartość takiego człowieka!

Czuję wdzięczność dla „Fotografa”, iż mnie powołał do wynurzenia tych wspomnień przeszłości, które mogą choć w skromnej mierze wynagrodzić zapomnienie, jakiemu uległy zasługi tego zacnego człowieka, położone na polu kultury ojczystej. Innym, przecenionym nadmiernie, stawiane bywają okazale pomniki; — skromna, zaniedbana płyta z piaskowca pod murein cmentarnym, kryjąca doczesne prochy Karola Beyera, ma, już nąpis trudny do odczytania pod powłoką mchu i pleśni. Może nasi następcy będą sprawiedliwsi w oddaniu hołdu zasłudze.

Aleksander Karoli
Fotograf Warszawski
miesięcznik poświęcony fotografii i naukom z nią związanym
organ Towarzystwa Fotograficznego Warszawskiego
1912, nr 7 (lip.)

  1. Zakład Giewartowskiego mieścił się na parterze w małej jednopiętrowej oficynie, po dziś dzień Istniejącej, We wnętrza posesyi Nr 411 (7) na Krakowskiem-Przedmieściu, (poza dzisiejszym teatrem „Nowym”, mającym wstęp od ul. Królewskiej). Do lokalu była przybudowana mata, sześcioboczna, oszklona altanka, do zdjęć przeznaczona.
  2. W r. 1858 sposób kolodyonowy mokry został ostatecznie ulepszony przez Suttona. W tymże czasie wprowadzony został format fotografii, nazwany „formatem wizytowym”, który odraza zyskał nadzwyczajną wziętość.
  3. Z główniejszych prac Beyera, ogłoszonych drukiem wymienić należy: „Pieniądze wykopane  w Wiecu” (r. 1850). „Ryciny pieniędzy polskich” (r. 1851). „O polskich podrobionych numizmatach” (r. 1854). „Gabinet medalów polskich” (dopełnienie do dzieła Raczyńskiego z 32 tablicami) r. 1857. „Nowe materyały do historyi mennic polskich z osobistem wykryciem, iż w Lublinie za Zygmunta III. istniała już mennica”. „Spis pieniędzy polskich”, Warszawa, rok 1868 — rękopis z rycinami. „Wykopalisko płońskie” (r. 1869). „Skorowidz monet polskich od roku 1501 do 1506, za Zygmunta I. jako księcia głogowskiego, i od r. 1506 do 1525 jako króla (r. 1862)“. Wydano W Krakowie W r. 1880, z przedmową ks. Polkowskiego i portretem Beyera. „Wykopalisko Wileńskie”, (Warszawa, r. 1876). „Warcaby” — (z dopiskami Kostrzembskiego). „Katalog Beyera”. „Wykaz przypuszczalny monet porozbiorowych”. „Medal wielki Tow. rolniczego w Królestwie Polskiem”. „Nowy skorowidz monet polskich” (do roku 1864). Była to ostatnia praca Beyera. Oprócz tego napisał nadzwyczaj wielką ilość artykułów, dostarczanych do specyalnych na polu numizmatyki i archeologii pism zagranicznych.